Moja historia

Skoro obiecałem sobie, że w 2012 roku rozpocznę spisywanie swojej historii- zaczynam.

Ale zamierzam to zrobić w formie nietypowego bloga. Otóż będę relacjonował zapamiętane i ważne dla mnie wydarzenia w czasie rzeczywistym.

Zaczynam od 1951 roku a zakończę... No cóż. Tytuł mojego pamiętnika brzmi:

 

'Od kołyski aż po grób'

Kwiecień/ maj 1951r.



Okońsk k/ Maniewicz  USRR

'Wiekopomna data, mimo braku błyskawic i innych znaków'

W rodzinie Bolesława i Zofii Surma pojawiam się ja. Można się zdziwić dlaczego nie podaje dokładnie daty urodzin ale z opowiadań matki wynikało że urodziłem się ok. 20 kwietnia a zapisany w ZAKS-ie (Urzędzie Stanu Cywilnego) zostałem 02.05.1951 roku. Rodzice po kryjomu dopełnili także i drugiej formalności- ochrzcili mnie w miejscowej Cerkwi, bo katolickiego kościoła po prostu nie było.Ojciec napędził bimbru,sprosił sąsiadów (ukraińców) i w ten sposób uczcił doniosłe wydarzenie. Bo takie ono dla moich rodziców było. Po utracie dzieci i żony, ożenił się  powtórnie. Ja zapewne byłem swoistym darem losu i dla niego( miał 52 lata) i matki, która miała wówczas 39 lat.

 

Wiosna 1956r. Okońsk k/ Maniewicz  USRR

'Śpiewający chłopczyk'



Drugie wydarzenie, które znam z przekazów rodziców zapewne ukształtowało mój organizm na przyszłe lata. Otóż zapewne na znak przyjaźni z polakami, wiejscy bimbrownicy uraczyli mnie szklanką bimbru. Ja (jak sądzę) z powodu wrodzonej wstrzemięźliwości, całej zawartości nie wypiłem- bo gdyby tak było , nie byłoby tych tekstów. Łyknąłem pewnie nieźle bo rodzice najpierw usłyszeli mój śpiew a kiedy wybiegli swojego zataczającego się syna. Przeżyłem a to doświadczenie spowodowało iż czysty alkohol przedkładam nad inne do dziś, chociaż  syn Bartek stara się przekonać mnie do 'Danielsa' i innych podobnych wynalazków.

Lato 1959 r. Busówno/ k. Chełma  Polska

'Przez czapkę nie boli??'



Wydarzeniem, które mocno utkwiło w mojej pamięci wiąże się z moim niesfornym charakterem. Po repatriacji do Polski, gdzie ojciec zdecydował się na osiedlenie we wsi Busówno w powiecie Chełmskim, rozpocząłem obwąchiwanie nowego terytorium. Z uwagi na to iż nie miałem bariery językowej (ojciec w domu zawsze rozmawiał ze mną po polsku), nawiązywałem znajomości z rówieśnikami. Kto przeprowadził się na wieś ? wie że ?nalotki? zawsze są traktowani jako obcy. Aby więc zyskać akceptację włóczyłem się z chłopakami po polach i torfowiskach. Ojciec jako że byłem jedynakiem a i po swoich traumatycznych przeżyciach ? zabraniał mi tych wypraw. Oczywiście szybko zapominałem o składanych obietnicach bo kąpiele w ?torfiankach? , łowienie ryb i jazdy konne na oklep były niezwykle atrakcyjne. I miarka się przebrała. Po jednej z takich wypraw wiedziałem, że czeka mnie lanie. Szybko więc przemknąłem na strych po zimową uszankę i wpakowałem ją pod spodnie. Kiedy zbiegałem po schodach, ojciec już czekał z pasem. Mimo tego ,( a może poprzez to) a że był niewidomy schwycił mnie bez trudu. Pas świsnął a ja wydałem aktorski okrzyk. Ale ?stary miał zbyt czułe ucho i wychwycił w tym coś fałszywego. Pomacał mój tyłek no ?. i od tej pory wiedziałem, że nie uda mi się go przechytrzyć. Bolało jak diabli pomimo czapki. Dziś wiem, że to lanie ze strachu aby nikogo już z rodziny nie utracić. A i wtedy za długo nie żywiłem urazy.

Lata 1958 ? 1965 Busówno

'Tak hartowała się stal'



Szkoła podstawowa był dla mnie też ?szkołą przetrwania?. Zrozumiałem po wielu próbach pozyskania przyjaciół , że zawsze będę obcy. Zatem jeśli nie mogłem być ?swój? musiałem w inny sposób zaznaczyć swoją pozycję wśród rówieśników. Terenem mojej dominacji stał się sport. W owych latach był on oczkiem w głowie władz zarówno szkolnych jak i administracyjnych. Odbywały się liczne międzyszkolne spartakiady od gminnych po wojewódzkie. Szybko stałem się czołowym zawodnikiem w skoku wzwyż, dal oraz siatkówce. Pozwalało mi to na łaskawe oko niezapomnianej dyrektorki Dudek, która uczył tez matematyki. A tu byłem ?cienias ?. Pani dyrektor miała siostrę, która prowadził gminną bibliotekę. To ona zaszczepiła mi miłość do książek, która pozostała do dziś. Szkołę do dziś pamiętam przez pryzmat sportu, setek zczytanych książek i braku bliskich rówieśników. Nauczyłem się liczyć tylko na siebie i radzić w każdej sytuacji. Tak jak moi bohaterowie, Monte Christo, D; Artagnan, Winnetou i inni. O dziwo nie zaznałem też nieszczęśliwej miłości. Owszem długo na widok ?jednej takiej? serce biło mi mocniej ale wiedziałem że jeśli się zaangażuję ? gromada swojaków, rzuci mi się do gardła. No cóż. "Tak hartowała się stal "



Lata 1965- 1969 Chełm

'Daleko od szosy'

Po skończeniu szkoły podstawowej, ojciec wychodząc z założenia iż dobry ?fach? to podstawa, zapisał mnie do Szkoły Rzemiosł Budowlanych w Chełmie. Wybrał mi specjalność murarza ale kiedy zorientowałem się , że trzeba fizycznie pracować- zmieniłem sobie specjalizację na zbrojarza. Atrybutem tego zawodu był klucz zbrojarski, którym skręcało się metalowe konstrukcje. To już bardziej mi odpowiadało.

Męczyłem się strasznie bowiem poza przedmiotami humanistycznymi, reszta szła jak po grudzie.

Jakoś przepchnięto mnie do drugiej klasy. Przyszły wakacje i tragedia. Umiera mi ojciec. Przeleżał w szpitalach od wiosny, kiedy wpadł do rowu i zachorował na zapalenie płuc. Potem przyczepiły mu się jakieś ropnie w gardle. Kolejny szpital. Kiedy go odebrałem ze szpitala, już w Chełmie poczuł się źle.

W autobusie do domu nastąpił atak serca. Zmarł na moich rękach.

Na moją głowę zwaliło się gospodarstwo, bezradna matka i? skończyły się beztroskie lata. Dokończyłem jeszcze drugą klasę i przerwałem edukację. Trzeba było myśleć o pracy aby zarobić na utrzymanie rodziny.

Kolejny okres w moim życiu to nieomal kopia serialu ? Daleko od szosy?. Pewno kiedyś dołożę opisy wiejskich zabaw i innych ciekawych epizodów z mojej przeszłości. Na razie chcę poukładać fakty.

Zacząłem prace na budowie i szybko zrozumiałem, że bez świadectwa ukończenia szkoły, będę tylko pchał taczki i nosił worki z cementem. Wznowiłem naukę w systemie wieczorowym i zdobyłem upragnione kwalifikacje.

Narastało we mnie przekonanie że budowa to nie jest przyszłość. Miałem ambicję sięgnąć po więcej ale nie wiedziałem co zrobić.

Przez przypadek zajechał do mnie brat stryjeczny Rysiek Surma i w trakcie rozmowy zasugerował abym zastanowił się nad kariera żołnierza zawodowego. Sam już kilka lat pracował w tym charakterze w Chełmie.

Ale co zrobić z matką, kiedy wyjadę? Trzeba było ją zabezpieczyć finansowo na okres przynajmniej 3 lat. Wiedziałem że dobrze zarobić można było na ?brukach?. Dostałem się do brygady brukarskiej i od wiosny 1969 roku do sierpnia 1970 ? budowałem chełmskie ulice. Praca katorżnicza. Od godziny szóstej rano rozpoczynałem przerzucanie kostki granitowej z pobocza na środek budowanej jezdni.

Dwa metry z okładem. Kiedy przychodziła reszta brygady, miałem już około 3-4 metrów bieżących zapasu. I resztę dnia trwał wyścig z ?układaczami?. Praca była rozliczana w systemie akordowym i wszyscy pracowali jak szaleni. Kiedy oglądałem film ?Człowiek z żelaza? to przypomniała mi się moja praca przy brukowaniu. Takie same szaleństwo. Ale zarobki były 3-krotnie wyższe niż na budowie.

Do tego dochodziły pieniądze z ?lewej? sprzedaży gruzu granitowego, które brygadzista sprawiedliwie dzielił pomiędzy wszystkich. On też zorientował się, że potrafię wynegocjować maksymalne ceny i od tej pory ja pozyskiwałem klientów, mając przy okazji przerwę w pracy.

Zarobiłem wystarczająco aby zabezpieczyć matkę. Nie zdawałem sobie też sprawy z tego jak zmężniałem. O swojej sile i sprawności fizycznej przekonałem się podczas jednej z zabaw, kiedy zaatakował mnie ?dyżurny awanturnik? Miecio. Kiedy nie pił, był fajnym starszym o prawie 10 lat kolegą. Po wódce- atakował każdego, kto się nawinął. A akurat wtedy, ja znalazłem się na jego drodze. Ponieważ wyciągnął nóż- uderzyłem. Trzeba go było doprowadzać do przytomności kilkanaście minut. Nie muszę wspominać, że fama o tym wyczynie zapewniła mi spokój w wielu okolicznych wioskach.

W sierpniu pojechałem do Poznania zdawać do Szkoły Chorążych w  Wyższej Szkole Służb Kwatermistrzowskich. Istniała tylko jedyna specjalność dla absolwentów szkół zawodowych ? żywnościowa. Pozostałe kierunki były dostępne dla osób ze średnim wykształceniem. W trakcie egzaminów przekazano informacje iż w związku z duża liczbą tych ostatnich ?  wybrany kierunek jest niedostępny dla takich jak ja. Zaproponowano nam naukę w szkole Podoficerskiej w Grudziądzu. Bez zastanowienia wyraziłem zgodę. Miałem przekonanie że to tylko przeszkoda na drodze do upragnionej ?gwiazdki?.

We wrześniu- zameldowałem się w Ośrodku Szkolenia Służb Kwatermistrzowskich w Grudziądzu.

 

Elew-Starszy elew- kapral zawodowy  1970- 1971 OSSK w Grudziądzu

 

Miałem chyba „wrodzony dryg” do wojska bo okres, gdzie wielu moich kolegów „ leczyło się z wojska” dla mnie był niezwykle ciekawy. W okresie tzw. „unitarki” ( dla niewtajemniczonych –okres przygotowawczy do złożenia przysięgi ) to co dla wielu moich kolegów było okresem udręki, dla mnie stanowiło wyzwanie. Musztry, codzienne zaprawy poranne na Wisłą, wielokilometrowe marsze, „małpi gaj” ( taktyczny tor przeszkód), nocne strzelania- po prostu lubiłem. Nauka przychodziła mi łatwo, brałem udział w rozlicznych zajęciach ko, trochę boksowałem, podnosiłem ciężary. Nie zauważyłem nawet, kiedy przeleciało 2 miesiące i nadeszła owa „PRZYSIĘGA”.  Dla wielu z tym dniem kończył się okres szykanowania dla mnie  to początek wypraw do miasta, możliwość wyjazdu do domu. Wyprawy do miasta do zbyt atrakcyjnych nie należały bo z uwagi na ogromną ilość żołnierzy – mieszkańcy Grudziądza do zbyt życzliwych wobec nich nie należeli. Oczywiście ta niechęć była demonstrowana i przez dziewczyny. Bez względu na mniej  bardziej  wyrafinowane sposoby zawarcia znajomości stosowane przez „ wojsko”. Ani hasełka typu, ej lala lub mała poznajmy się ani kulturalne zaproszenia do kawiarni – nie znajdowały uznania. To nie tak, że żołnierze się nie podobali ale po prostu pokazanie się z nimi – było przez „autochtonów” piętnowane. Początkowo byłem tylko kibicem owych „podrywów” bo zostawiłem na Lubelszczyźnie ( a konkretnie w Grabniaku za Cycowem) moją pierwszą wielką miłość- filigranową Irenkę. Tak refleksyjnie stwierdzę, że ta pierwsza dziewczyna, w której kochałem się prawdziwie – pozostaje w sercu i pamięci do końca życia. Na jej wspomnienie do dzisiaj żywiej bije mi serce a często ją też spotykam- niestety… w snach.

Ale wracam do Grudziądza. Po około pól rocznym pobycie i 2 wyjazdach w rodzinne strony- nastąpiło zerwanie z moją Ireną. Pewno za wcześnie było na podejmowanie „męskich” decyzji a brak kontaktów nie sprzyjał trwałości związku. Potrzebowałem nieco wyciszenia aby z tym się uporać a takie momenty były tylko podczas przepustek. Chodziłem wtedy na punkt widokowy nad Wisłem, zabierałem książkę i …leczyłem zbolałe serce. Nawet nie zauważałem, że  stałem się obiektem obserwacji, pewnej blondynki, zaintrygowanej takim nietypowym żołnierzykiem. Do tego stopnia, że zostałem zagadnięty  przez nią a pretekstem była książka. I tak zrodził się flircik z Basią a metoda „ na książkę” była przez kilku moich kolegów testowana na pannach z Grudziądza. Nie wiem z jakim skutkiem bo byłem zaabsorbowany rozwijającym się związkiem, który mógłby zakończyć się utratą swobody kawalerskiej, gdyby nie życzliwość kolegów i mojego dowódcy por. K….  Otóż kolejne pół roku, to w zasadzie stałe „przepustowe” pobyty w domu rodzinnym Basi, wyjścia na dancingi w „cywilkach” bo sprawiono mi garnitur i resztę aby Basi nie zarzucano „szlajania się” z żołnierzem. I tak w zasadzie bez mojego udziału stałem się oficjalnym narzeczonym a zapobiegliwy przyszły teść załatwił bez mojej wiedzy praktykę podoficerską w macierzystej Szkole. Zapewne zakończyło by się to ślubem bo Basia była przeuroczą dziewczyną, rodzice bardzo zamożni ( badylarze) i życzliwi a ja nie mając nigdy tak troskliwej opieki – nie myślałem o żadnym oporze. Mojej swobody żal mi się zrobiło dopiero na pożegnalnym wieczorze z kolegami z mojej kompanii z udziałem dowódców, gdzie po wypiciu solidnej dawki rozkleiłem się i rozżaliłem nad końcem kawalerskiej wolności. Pocieszał mnie i dowódca i koledzy, podając kolejne kieliszki aż „urwał mi się film”.

Zbudziło mnie bolesne regularne łupanie w głowie, które okazało się regularnym turkotem… pociągu.

Nie wiedziałem ani gdzie jadę ani po co. To wyjaśnili mi trzej koledzy z kompanii, którzy podróżowali razem ze mną. Otóż mój dowódca postanowił zapobiec katastrofie i wystawił mi w nocy skierowanie na praktykę w Poznaniu a moje miejsce zajął kolega, któremu na pobycie w Grudziądzu bardzo zależało. I tak przeznaczenie rękoma dowódcy uratowało mnie przed przedwczesnym ożenkiem i skierowało mnie na właściwe tory, które zawiodły mnie do Wyższej szkoły Oficerskiej Wojsk Kwatermistrzowskich, gdzie przecież rok wcześniej chciałem zaczynać swoją karierę w wojsku. I jak tu nie wierzyć w przeznaczenie?  Drugi raz zdarzył mi się taki „powrót do przeszłości” już współcześnie bo w 2009 roku. Rozpocząłem studia podyplomowe na kierunku doradztwo zawodowe w Wyższej Szkole im. B. Jańskiego w Chełmie. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy okazało się że obiekty tej uczelni to moja pierwsza zawodówka. Szkoła Rzemiosł Budowlanych, którą opuściłem w 1969 roku. Czy ktoś jeszcze ma wątpliwości w temacie przeznaczenia?

A… Basia? Basia po dwukrotnych wizytach zorientowała się, że moje plany nie przewidują jej stałej obecności i zaprzestała kontaktów. Ale oczywiście zachowała stałe miejsce w mojej pamięci. Podobnie jak Poznań, gdzie przyszło mi spędzić kolejne 10 lat służby.

 

1971- 1981 Na trotuarach wielkiego miasta, Na drodze do kariery.

Poznań zajmuje w moim sercu miejsce szczególne bowiem jest miejscem moich sukcesów życiowych, kariery wojskowej ale także rozwoju osobistego i nabywania cech człowieka kulturalnego. Wielu wielkomiejskich mądrali twierdzi, że kulturę osobista jest cechą kształtowaną od dziecka –sugerując, że tylko ci wychowani w mieście, w dobrych domach mają przywilej ludzi prawdziwie kulturalnych. Mój przykład tezie tej przeczy. Wychowałem się w środowisku wiejskim, rodzice byli ludźmi prostymi, a przecież trudno mi zarzucić brak ogłady, nawyków kulturalnego zachowania i potrzeby uczestnictwa w kulturze jako takiej. A moja edukacja zaczynała się właśnie w Poznaniu od pierwszego spaceru po tym mieście. Pierwsze kroki skierowałem do centrum a po drodze była urocza alejka spacerowa obok najbardziej (wtedy) reprezentacyjnego hotelu Merkury. Paliłem papierosa i idąc ową alejką gapiłem się na otoczenie. Podziwiałem bardzo czyste otoczenie i chodnik. Niedopałek nonszalancko „pstryknąłem”  w dal a po chwili usłyszałem okrzyk- Panie wojskowy! Starszy pan, który ów okrzyk wydał podniósł mój niedopałek, popatrzył na mnie i zaniósł do kosza. Tak oto otrzymałem pierwszą lekcję zachowania się i od tej pory też, wiedziałem czym się to miasto różni od innych mi znanych. W latach 70-tych należało do najczystszych i najbardziej zadbanych polskich miast. A przybysze tacy jak ja byli kulturalnie zachęcani do dbałości o ów porządek. Trudno też było nie słyszeć publicznych czy kawiarnianych rozmów o wydarzeniach kulturalnych. Poznaniacy w kulturze uczestniczą i swoim przykładem zarażali mnie podobnych.

I tak rozpocząłem poznawanie teatrów Starego i Nowego, gdzie ten ostatni zwłaszcza za dyrekcji Pani Cywińskiej wystawiał sztuki bardzo kontrowersyjne i niezbyt zgodne z polityką panującej partii.

O właśnie. Partia!

Czytelnik moich wspomnień zapewne od pewnego czasu zastanawiał się jak sobie z tym „pasztetem” poradzę. Otóż jeśli spodziewał się, że po takim okresie zasunę ( jak wielu obecnie to robi)  opowiastkę jak to udało mi się być nie „ namoczonym” żołnierzem i obywatelem – srodze się rozczaruje. Otóż byłem członkiem partii a dowiedziałem się o tym 2 lata po fakcie przystąpienia. Jak to możliwe? Tuż przed Świętami Bożego Narodzenia 1970 roku w Ośrodku Szkolenia Służb Kwatermistrzowskich w Grudziądzu, gdzie szkoliłem się na podoficera zawodowego zgromadzono na wieczornym apelu cały skład osobowy szkoły. Przemawiali po kolei Komendant i jego zastępca, którzy poinformowali, że nastąpiły zmiany przywództwa w partii a my jako elewi, mamy wyrazić swoje poparcie dla jakiegoś Gierka. Następnie plutonami podchodziliśmy do stołów i składaliśmy podpisy. I do sal. W Poznaniu po prawie 2-letnim pobycie wezwał mnie oficer z pionu kwatermistrzowskiego ( byłem wówczas szefem kuchni) i zapytał dlaczego nie uczestniczę w życiu partii. Dowiedziałem się, że jestem członkiem PZPR od tego grudniowego momentu. Szczerze- nawet się nie zdziwiłem a skoro byłem to zacząłem w tym partyjnym życiu uczestniczyć. Nawet mi się podobało bo podczas zebrań byłem traktowany jak równy przez moich niższych i wyższych przełożonych. Dowiedziałem się też że jako członek mam prawo wyrażać opinie o wszystkich negatywnych aspektach zauważonych w Szkole (Wyższa Szkoła Oficerska Służb Kwatermistrzowskich im. Mariana Buczka (WSOSK) – była uczelnia Sił Zbrojnych PRL i SZ RP, funkcjonująca w latach 1971-1994 ). No i to mnie zgubiło, kiedy po skończeniu studiów i mianowaniu na stopień podporucznika przymierzałem się do dalszego funkcjonowania jako wykładowca w mojej szkole. Ale to końcowy epizod mojej poznańskiej przygody.

 Bo najpierw się ożeniłem, następnie wychodząc z założenia, iż nie mogę być gorzej wykształcony od żony – „zrobiłem” maturę a następnie z rozpędu poprosiłem moich przełożonych o skierowanie na studia wyższe. No i tu był pierwszy kubeł wody na łeb napchany frazesami o równych szansach dla wszystkich żołnierzy zawodowych. Skierowania uprawniające do studiowania bez egzaminów wstępnych były , ale tylko dla oficerów, którzy piastując w  miarę  wysokie stanowiska nie posiadali wyższego wykształcenia. Kiedy pełen oburzenia udałem się na skargę na „ niesprawiedliwość” do z-cy  Komendanta, usłyszałem, że możliwa jest warunkowa zgoda na studiowanie. Złożyłem stosowną prośbę i ponieważ w tym czasie byłem szefem unikalnej w wojsku „ Szkoły Podchorążych Rezerwy” dla absolwentów uczelni cywilnych – zgodę taką otrzymałem. Ale nie na historię, która była moim konikiem lecz na pedagogikę – o której po raz pierwszy w życiu usłyszałem. Nawet podejrzewam, że decydenci sądzili ,iż wyłożę się na egzaminach wstępnych bo kiedy zdawałem o 1 miejsce walczyło 7 osób. No i zdałem. Od października 1977 roku rozpocząłem studia wieczorowe w Instytucie Pedagogiki UAM. Po zaliczeniu 2 roku dziekan wydziału poinformował ,że z uwagi na wysokie oceny mogą przystąpić do indywidualnego trybu studiowania co skracało okres do 3, 5 roku. Dzięki temu kiedy moje koleżanki i koledzy z roku zaliczali absolutorium w czerwcu 1981 roku, ja uczestniczyłem w nim jako pierwszy magister bo obroniłem się w lutym tego roku. No taki zdolny byłem. Następnie kilkumiesięczny kurs oficerski w „Zmechu” Wrocław a w październiku stanąłem w szyku moich podwładnych aby wraz z nimi otrzymać pierwsze szlify oficerskie. Przy okazji powiem, że moja duma to pikuś wobec bezsilnej złości moich podchorążych, którzy zwyczajowo przepuszczali niższych stopniem przełożonych przez szpalerek „salutowy”. A ja byłem tym jedynym z niższym stopniem.

To tyle z przyjemności bowiem, kiedy zameldowałem się w celu otrzymania przydziału w cyklu przedmiotowym- ówczesny komendant stwierdził, że …nie ma dla mnie miejsca. Po wyjaśnienia kazał pójść do swojego zastępcy. Tam dowiedziałem się, że takich pyskaczy w  Szkole nie potrzebuje. Uprzejmie też zaproponował, abym wybrał sobie jednostkę – dosłownie „jak taki z was Wołodyjowski to  koniecznie na rubieżach Rzeczpospolitej”. Miałem na urlopie przemyśleć gdzie „chcę” służyć.

No cóż, żona z okolic Zamościa, zatem trzeba było poczynić nieco starań aby tam trafić. Starania zakończyły się zgodą ówczesnego komendanta TSWL a ja niezależnie od tego ćwiczyłem przed rozmową, strategię działania i studiowałem topografię jednostek na granicach. W trakcie rozmowy zapytano mnie czy wybrałem dalsze miejsce służby. Ze strapioną miną powiedziałem, że mogę na ślepo wskazać dowolne miejsce na mapie bo i tak mi wszystko jedno.

Wskazujcie –usłyszałem głos zastępcy komendanta, przy milczącym udziale tegoż.

Prawie nie patrząc, dotknąłem miejsca na dole mapy.

Co tam macie? Lublin. No nie za duże miasto.

Dęblin. Do szkółki też nie pójdziecie.

Zamość? O Zamość pod samą granicą! Zgoda.

Ten dialog zapewne przypomniał sobie pan pułkownik, kiedy po kilku latach spotkaliśmy się na odprawie w Dowództwie Wojsk Lotniczych. Zapamiętał mnie- a jakże i kiedy zapytał jak mi w Zamościu  z odpowiedzi wyręczył mnie mój przełożony, informując, że całkiem  dobrze bo wspierają mnie teściowie stamtąd pochodzący. Zobaczyć taką minę – bezcenne.

Dla zamknięcia epizodu poznańskiego musze wspomnieć o dniu opuszczenie tego wspaniałego miasta. Wyjeżdżałem do Zamościa maluszkiem popołudniem 12 grudnia 1981 roku. Przejechałem ponad 500 km aby około 2 w nocy położyć się do łóżka.  Po przebudzeniu około g.10, wyszedłem na korytarz wojskowego hotelu aby usłyszeć zdziwiony głos recepcjonistki- Panie poruczniku co Pan tu robi, wojna przecież!

Był ranek 13 grudnia 1981 roku. Pierwszy dzień stanu wojennego, który zaskoczył mnie tak samo jak całe wojsko i Polaków. Dzień, który zasiał ziarnko zwątpienia co do słuszności wyboru drogi życiowej. 



Moją stronę odwiedziło od dnia 18.10.2013 odwiedziło 2066 gości